Ostatnio coraz popularniejsza staje się idea skrócenia czasu pracy. Próby były wprowadzane w firmach IT na całym świecie, a Finlandia myślała o tym, czym zainteresowała świat. Musimy zadać sobie jednak jedno pytanie: Czy 4-dniowy tydzień pracy w Polsce ma sens?

Argumenty za

Pierwszy z popularnych argumentów mówi, że jesteśmy coraz mniej wydajni. Obniżenie dnia pracy do 6 godzin i tygodnia pracy do 4 dni przy zachowaniu tej samej pensji co wcześniej, lub jej powiększeniu, paradoksalnie tę wydajność by zwiększyło. Pracownicy mniejszą część dnia spędzaliby w pracy, przez co więcej czasu pozostałoby na odpoczynek i relaks, a wypoczęty pracownik to szczęśliwszy pracownik.

Podobne rozwiązanie było testowane w japońskim oddziale Microsoft, gdzie co prawda nie skracano czasu pracy w ciągu dnia, ale skrócono roboczy tydzień do 4 dni. Przyniosło to nieoczekiwane efekty. Okazało się, że spadło zużycie energii elektrycznej i papieru. Ludzie byli szczęśliwsi. Mniej czasu pracy wymusiło skrócenie firmowych spotkań, co również przyczyniło się do poprawy produktywności i zadowolenia pracowników. Nawet, co jest najbardziej zaskakujące, wzrosła sprzedaż w stosunku do analogicznego miesiąca poprzedniego roku. Po prostu bajka.

Krótszy tydzień i dzień pracy wymusza szybką optymalizację i zwiększenie produktywności. Nie będzie to bezbolesne, ale jednak wymuszenie tego sprawi, że szybko dogonimy standardy europejskie. Podniesie to drastycznie zadowolenie i zaangażowanie pracownika.

Więcej czasu sprawi, że więcej ludzi będzie korzystało z gastronomii i usług. Sprawi to, że rozkwitnie bardziej mikro i mała przedsiębiorczość, a gospodarka dostanie dodatkowy zastrzyk gotówki. Zwiększenie zatrudnienia to też więcej osób płacących podatki i składki, co również może się przełożyć na lepszą gospodarkę i infrastrukturę.

Argumenty przeciw

Spójrzmy jednak na tę kwestię z drugiej strony. Zacznijmy od tego, że nie wszystkie branże będą zadowolone ze skrócenia czasu pracy. Jeżeli zmienimy normę tygodniową z 5 dni i 8 godzin na 4 dni i 6 godzin, żeby utrzymać tę samą produktywność będzie potrzeba około 60% więcej ludzi. Wiele zakładów ma wieloletnie kontrakty, które nagle muszą być zmienione przez te większe zatrudnienie. Ok, rozumiem argument, że “muszą się automatyzować albo niech giną, nie poradziły sobie na rynku”, ale jednak potrzebny jest dłuższy okres przejściowy. Ciężko pozwolić sobie na wzrost kosztów w branżach, w których balansuje się na granicy opłacalności czy w firmach, które jedna niezapłacona faktura dzieli od bankructwa.

Nawet jeżeli koszty się zwiększą, to już teraz często są braki kadrowe przez zbyt małą ilość pracowników. Jeżeli nagle trzeba będzie zwiększyć ich zatrudnienie o 60%, po prostu fizycznie nie będzie tyle ludzi do pracy.

Same koszty to też ciekawa sprawa. Pracodawcy te koszty przerzucą na klientów, więc wszystko zdrożeje. Zdrożeje, jednak nie w prosty sposób. Gospodarka to ogromna sieć naczyń połączonych,  gdzie większość towarów wytwarzana jest wieloetapowo.

Weźmy sobie za przykład chleb, który obecnie kosztuje trzy złote. W najprostszym skrócie myślowym, żeby go upiec trzeba piekarzy, piekarni, energii elektrycznej oraz mąki i wody. Piekarze zarabiają X, po zmniejszeniu ilości roboczogodzin koszty pracy wzrastają o około 60%, co odbije się na cenie. Piekarnie ktoś musi sprzątać, ktoś musi ochraniać, rozliczać itd. Firmy to robiące też więcej zapłacą, więc muszą podnieść cenę swoich usług, co oczywiście odbije się na kosztach piekarni. Czyli cena wzrasta dalej. Energię elektryczną ktoś produkuje, do elektrowni ktoś dowozi węgiel, ktoś utrzymuje infrastrukturę elektryczną itd. Firmy zatrudniające te osoby znowu muszą zwiększyć wydatki, a więc ceny przerzucą na klientów. Znowu cena wzrasta. Mąkę ktoś musi zrobić, przywieść, przechowywać, to kolejne koszty. Wodociągi zapewniają wodę, a tam też pracują ludzie, czyli koszty znowu rosną… Szaleństwo! Zaraz się okaże, że za chleb trzeba zapłacić dwa razy więcej. Wiem, że jest to okres przejściowy, jednak byłby to tak wielki chaos, że wszyscy by na tym stracili.

Pamiętajmy też, że rozpatrujemy tutaj jeden poziom w dół. Węgiel jakoś musi być wydobyty, mąkę robi się ze zbóż, które ktoś musi wyhodować, woda musi być jakoś doprowadzona, ludzie sami się nie zatrudnią, ktoś musi to robić, i tak dalej. Krótko mówiąc – mamy problem.

Kolejnym minusem jest konkurowanie z firmami zagranicznymi obecnymi na polskim rynku. Gdyby polskie firmy, walczyły o klienta tylko ze sobą, byłoby ok, jednak współzawodniczą również z firmami zagranicznymi. Już teraz walka jest wyrównana, chociaż czasami przechyla się na stronę zagranicy, ale jak nagle, nawet na niedługi czas, ceny wszystkiego, co polskie wzrosną, to będzie śmierć wielu polskich małych firm. Zagraniczne korporacje stać, żeby przez jakiś czas płacić więcej, nim wszystko się unormuje. Polskie firmy mogą mieć z takimi dopłatami problem, a to grozi ich bankructwem.

Co do zmniejszenia godzin zatrudnienia, wszystkie urzędy będą pracować znowu krócej, bo, szczerze mówiąc, nie wierzę, że zrobią dwie zmiany :D Większość firm, która może to zrobić, przejdzie nie w dwie zmiany a w jedną zmianę sześciogodzinną, więc dostęp do części usług będzie utrudniony. Pozostała część firm rozwinie się bardziej, zastępując miejsce tych upadłych firm, co może prowadzić do spadku konkurencyjności, a co za tym idzie jakości jedzenia czy usług.

Problemem też mogą być ludzie. Zmiana nawyków nie przychodzi szybko, więc na początku przewiduję spadek wydajności. W naszym kraju dalej jest niestety popularne podejście “Czy się stoi…” lub, już nieco nowocześniejsze “U siebie rób jak u siebie, a u obcego…”. Nie jest to spora część społeczeństwa, na szczęście, ale zmuszenie ich do upchnięcia ich ośmiu godzin pracy w sześć może wyjść bokiem nawet najbardziej cierpliwym szefom. Czy osiem, czy sześć godzin, ciężko też będzie im nie patrzeć w smartfona, przynajmniej na początku.

Jeszcze jedna rzecz mnie niepokoi. Czy zmniejszenie czasu pracy nie wpłynie negatywnie na i tak już niskie emerytury. Wiem, że przedsiębiorców raczej one nie dotyczą, gdyż płaca na emerytury najmniej jak można, ale jest obecnie w kraju piętnaście milionów osób pracujących i odkładających na emerytury, i obniżenie czasu pracy może im zaszkodzić. Jak? Skoro pracujemy mniej godzin w miesiącu, to może zostanie wydłużony wiek emerytalny jeszcze bardziej, niż jest teraz, lub składki będą naliczane w inny sposób. Tutaj jedynie teoretyzuję, więc nie bierz tego Drogi Czytelniku za prawdę, jednak martwi mnie, że wszyscy pracujący na umowach o pracę mogą poczuć się oszukani.

Dla programistów sytuacja na rynku pracy raczej nie zmieni się radykalnie.. IT jest branżą, która szybko się dostosowuje, a że Polacy spokojnie konkurują z zachodem, bez problemu przejdziemy i przez okres przejściowy, i przez faktycznie zmniejszone godziny pracy. Dla Polskich programistów widzę tutaj tylko zysk.

Werdykt

Czy zatem ograniczenie tygodnia pracy do 4 dni i dnia pracy do sześciu godzin jest dobre? Moim zdaniem jak najbardziej, ale trzeba to zrobić etapami. Trzeba najpierw skrócić czas dnia pracy do siedmiu godzin, poczekać rok lub dwa i zobaczyć jak zachowuje się gospodarka. Wyciągnąć dobre wnioski, i jeżeli byłyby one optymistyczne, zejść do sześciu godzin. Dopiero po kolejnych dwóch latach zejść do 4 dni pracy. Oczywiście wszystko, każdy krok, co najmniej 2 lata wcześniej ogłaszać i nagłaśniać, żeby każdy zainteresowany mógł się przygotować. Tylko tak, dając odpowiednio dużo czasu, ale i nieuchronność małych zmian, mamy szansę wyciągnąć z takiej rewolucji jak najwięcej korzyści.

Podsumowanie

Jak widzisz, powszechna zmiana czasu pracy to skomplikowany temat, i można mieć wiele teorii i analiz, ale nigdy tak naprawdę nie będziemy do końca pewni, jak to zadziała. Możemy mieć tylko nadzieję, że rządzący krajem mają głowy na karku i nie zrobią nic, co by nam wszystkim zaszkodziło.

Jeżeli podobał Ci się ten felieton, przekaż go dalej i daj mi znać, a postaram się robić takich treści więcej. Chętnie również poznam twoje zdanie na temat czterodniowego tygodnia pracy i sześciogodzinnego dnia pracy, dlatego zapraszam Cię do komentowania.